Nowe Przymierze z Bogiem
Głównym powodem przyjścia na świat Zbawiciela, była oczywiście ofiara przebłagalna za nasze grzechy, ale Jego obecność z nami w ogromnym stopniu przyczyniła się do poszerzenia naszej wiedzy o Bogu i wprowadziła nowe zasady współżycia społecznego. Przez osobę Jezusa Chrystusa, Syna Bożego i Jego ofiarniczej Krwi, Bóg Ojciec zawarł z ludźmi Nowe Przymierze. To, co przez wieki oddzielało ich od Boga (zdrada, grzech), dzięki Synowi zostało na zawsze usunięte, zgładzone.

Przez kilka lat w czasie dorosłego życia na ziemi, Jezus prowadził ewangelizację mieszkańców Ziemi Świętej – jak nazywamy obszar działalności Jezusa (obecnie Izrael i Palestyna) – kiedy to nauczał On, uzdrawiał i dawał nadzieję upadłym na duchu. Swoją zaś naukę opierał o bezinteresowną miłość bliźniego – aż do miłości nieprzyjaciół, z czym nierozłącznie wiąże się miłosierdzie i przebaczenie, jedne z najważniejszych przymiotów Boga. Podniósł tym samym naukę Starego Przymierza na kolejny, wyższy poziom. Niejednokrotnie dawał też przykład pokory i posłuszeństwa, bez których wypełnianie woli Bożej – do której szukania i pełnienia zobowiązany jest każdy z nas – jest niemożliwe. Aby zaś Jego nauka wyryła się trwale w naszych sercach, streścił ją w jednej modlitwie: „Ojcze nasz…”. Modlitwa Pańska – bo tak nazywamy modlitwę Ojcze nasz – jest nie tylko kwintesencją Jego nauki, ale i fundamentem wszystkich modlitw, na których opieramy nasze relacje z Bogiem. Zwieńczeniem zaś działalności Jezusa na ziemi, jest ustanowienie sakramentów, a zwłaszcza Sakramentu Chrztu i Eucharystii. To właśnie dzięki tym sakramentom mamy bezpośredni dostęp do Boga w postaci chleba i wina, które po przeistoczeniu zamieniają się w Ciało i Krew naszego Zbawiciela, a więc w samego Boga… pamiętajmy o tym, przystępując do Komunii św., bo kto niegodnie spożywa chleb i pije kielich Pański, winny jest Jego krwi 1Kor 11,27-28. Pierwszy sakrament – Sakrament Chrztu, wszczepia wszystkich wierzących w mistyczną Bożą rodzinę, mistyczny organizm – „krzew winny”, którego pień stanowi sam Bóg. Wraz z przyjęciem Chrztu świętego stajemy się przedstawicielami nowego Narodu Wybranego – Izraelitami Nowego Przymierza.
Kościół Chrystusowy i Trójca Święta

W Nowym Przymierzu, przyjście Mesjasza objawiło istnienie Kościoła Chrystusowego, którym jest On sam, a który istniał od zawsze, ale żył w przestrzeni duchowej. Teraz jednak przybrał formę materialną – z jasno sprecyzowanym systemem wierzeń (natura Boga, natura człowieka, natura dobra i zła, sens i cel życia ludzkiego, życie wieczne, świat duchowy), praktykami religijnymi (modlitwy, obrzędy, celebracja świąt), a także wartościami i normami dotyczącymi życia doczesnego jego członków – jako wspólnoty, jak również rządzącym nim porządkiem hierarchicznym (świątynie, struktury, kapłani).
Chrystus przez swoje przyjście, objawił nam jeszcze inną, fundamentalną prawdę o Bogu, która w Starym Przymierzu nie była znana, a mianowicie to, że jest On Trójcą. Mówiąc o sobie i swoim Ojcu; „Ja i Ociec jedno jesteśmy” (J 10,30), „Kto Mnie widzi, widzi także i Ojca” (J 14, 9), „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, JA JESTEM” (J 8, 58) – przedstawił nam nie tylko siebie, jako Boga, ale odsłonił też naturę Trójcy Świętej… jednej godności, jednego Ducha, jednej myśli, jednej woli, jednej mocy. Zapewniając zaś, że po swoim odejściu innego Wspomożyciela przyśle uczniom – objawił nam naturę Trzeciej Osoby Boskiej – Ducha Świętego. Naturę Osoby, a nie siły, energii, potencjału, możliwości czy predyspozycji. Jak różna jest lampa od światła, tak różny jest Duch święty od Jego oddziaływania. To właśnie dzięki Jego darom i w Jego mocy, Apostołowie będą ewangelizować i stawiać czoła wszelkim przeciwnościom, na które w tym procesie napotkają. Ponadto z darów Ducha Świętego korzystać będą wszyscy ochrzczeni, których On pouczy o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie (J 16,8), (J 16,13-15) – dopełniając tym samym nauk Starego Przymierza i nauczanie Jezusa, kiedy jeszcze był wśród nas.
Po wniebowstąpieniu Jezusa, Jego Kościół sukcesywnie się rozrastał – obejmując swoim zasięgiem cały świat i zrzeszając wszystkie narody ziemi. Pierwotny więc zamysł Boży został osiągnięty i praktycznie każdy mieszkaniec naszej planety może dzięki wierze w Zbawiciela uzyskać odpuszczenie grzechów i wieczne zbawienie. Używając w ostatnim zdaniu terminów; „praktycznie każdy” i „może”, chciałem zwrócić uwagę na pewien element warunkowości, bo niestety, nie do wszystkich mieszkańców ziemi Słowo Boże do tej pory dotarło i może dotrzeć. Dzieje się tak z wielu różnych powodów; głównie jednak dlatego, że spotyka się z oporem lub odrzuceniem. Smutne jest też to, że jedni ludzie blokują dostęp do Zbawiciela i chrztu drugim, a bolesne i budzące sprzeciw, że za głoszenie nauk Jezusa szykanuje się wiernych, więzi, a nawet zabija. Ale… wszystko jeszcze przed nami i musimy wierzyć, że kiedyś każdy z nauką Jezusa będzie mógł się zapoznać i dokonać wyboru; zbawienie albo potępienie… „I rzekł do nich: «Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony…»” Mk 16,15-16. I na zakończenie tego wątku ciekawostka – dająca trochę do myślenia. Każdy z nas wie, że świat jest wielki i istnieje na nim wiele religii i wierzeń. Dziwnym jest jednak to, że ludzie, którzy przeżyli śmierć kliniczną i wrócili do świata żywych, twierdzą zgodnie, że po „tamtej stronie” przywitał ich Jezus i On decydował o ich dalszym losie po śmierci i tym czy wrócą oni do życia doczesnego. A działo się tak mimo, że byli oni wyznawcami innych niż chrześcijańska religii, a nawet o Chrystusie nigdy nie słyszeli. Nie trzeba oczywiście w to wierzyć, jak nie trzeba wierzyć astronautom, którzy twierdzą, że człowiek na Księżycu czuje się lekki jak piórko. Ale… coś jest na rzeczy… przekonamy się z pewnością jak znajdziemy się po tamtej stronie… i na Księżycu. Poza tym św. Piotr mówił jasno, że nie ma na świecie innego imienia niż Jezus, dzięki któremu moglibyśmy być zbawieni… i sprawa jest jasna. Chociaż… i świętemu Piotrowi nie trzeba wierzyć… ech ta wiara.
Wolna wola, dobro i zło, cierpienie
Mówiąc o wszczepieniu nas w „Winny Krzew”, którym jest Chrystus, wlałem pewnie w serca wielu czytelników ufność – graniczącą z pewnością – że jesteśmy święci i nietykalni. Po trosze tak, ale nie do końca. Wprawdzie Pan Jezus zapewnia nas, że żaden wróbel bez woli Ojca nie spadnie na ziemię i że na naszych głowach nawet włosy są policzone (Mt. 10,29-30), to jednak nie powinniśmy wyciągać z tego zbyt prostego wniosku, że przez życie możemy iść bezrefleksyjnie i pewni, że bez woli kochającego nas Ojca, nic złego nie może nam się stać. Nie możemy, bo gdy zaczniemy analizować nasze postępowanie – wczoraj i dziś, i postępowanie ludzi, którzy żyli przed nami i żyją obok nas – zwłaszcza w kontekście wolnej woli, którą od Boga otrzymaliśmy – zauważymy, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, niż nam się wydaje. Świat bowiem, w którym żyjemy – zarówno w wymiarze materialnym jak i społecznym – jest wynikiem i konsekwencją działań tych, którzy żyli przed nami i konsekwencją działań nas samych. Konsekwencją działań człowieka, któremu Bóg dał wspomnianą wolną wolę – nieograniczoną wolność wyboru i działania. A jak wiemy, te konsekwencje są różne; jedne dzieci bawiły się na gruzach spalonej Warszawy, a inne w pięknym parku odbudowanej Warszawy, itp. Czy to sprawiedliwe?
Oprócz wolnej woli, Bóg dał też człowiekowi rozum i inteligencję, aby z tej wolnej woli w mądry sposób korzystał, bo – idąc za świętym Pawłem – wszystko nam wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. I człowiek z tej wolności korzysta do woli; raz lepiej, raz gorzej; raz z pożytkiem dla siebie, raz z pożytkiem dla innych. Bywa jednak i tak, że korzysta z niej w sposób despotyczny i egoistyczny – nie licząc się z tym, że obok żyją i chcą żyć inni ludzie… komplikując w ten sposób życie sobie i innym.
Podejmując przeróżne decyzje – zwłaszcza te złe (w świetle Bożych przykazań oczywiście i Bożej nauki, bo w świetle „filozofii Kalego” bywa z tym różnie) – i układając sobie świat po swojemu, skomplikowaliśmy go do tego stopnia, że w obliczu trudnych doświadczeń, poważnie zaczynamy zastanawiać się nad tym, czy rzeczywiście Bóg tak chciał i czy w ogóle istnieje – zapominając jednocześnie, że przecież dając nam wolną wolę, Bóg nie może nas powstrzymać przed wyjmowaniem kartofli z ogniska gołymi rękami, a tak niejednokrotnie robimy.
Wspomniana wyżej zasada przyczynowo-skutkowa ciągnie się za nami od grzechu pierwszych rodziców i będzie istnieć aż do skończenia świata… naszego świata tzn. naszej śmierci lub świata, który nas otacza. Na skutek wypowiedzenia posłuszeństwa Bogu, oraz chęci poznania dobra i zła (doświadczenia dobra i zła i czynienia dobra i zła, jak również doświadczenia grzechu), opuściliśmy raj – świat doskonały. Za karę i jednocześnie zgodnie z wolą człowieka – aby poznać dobro i zło – Bóg przeniósł nas do świata w którym te przeciwstawne sobie żywioły istnieją i gdzie możemy z nich do woli korzystać. Niestety, w tym świecie obowiązuje prawo akcji i reakcji, prawo silniejszego i prawo łańcucha pokarmowego. Żyjąc w tym świecie i korzystając z danej nam wolnej woli, zbudowaliśmy sobie świat pełen przemocy, niesprawiedliwości i cierpienia, w którym tylko czasami pojawia się radość i szczęście – uczucia, które w raju istniały zawsze i były jego istotą. Echem zaś utraconego raju, są nie tylko chwile radości i szczęścia, ale i sytuacje przeczące porządkowi świata w którym żyjemy i który określamy; ludzie żywiący się przez całe lata jedną małą hostią, cudowne uzdrowienia, ciała świętych, które nie ulegają rozkładowi, cudowne objawienia, lewitacje, czy cuda eucharystyczne – to tylko drobne znaki mające nam przypomnieć skąd przyszliśmy, dokąd zmierzamy i gdzie jest nasz prawdziwy dom.
Raj utracony

Jak zasygnalizowałem wyżej – po opuszczeniu raju, ludzie z mozołem zaczęli budować swój świat, ludzki świat – starając się jakoś w nim znaleźć i przetrwać – licząc na to, że zbudują swój świat doskonały. Szybko się jednak przekonali, że świata doskonałego nie zbudują, a na domiar złego, sami doskonałość stracili. Zaczęli chorować, umierać, a nawet zabijać siebie nawzajem. Próbowali nawet Boga przechytrzyć – budując miasto i wieżę Babel, ale i tym razem polegli. Nasza ludzka cywilizacja znalazła się w spirali postępujących po sobie wzlotów i upadków, i mimo upływu tysiącleci, nie staliśmy się lepsi. Ciągle zdolni jesteśmy do wielkiego heroizmu i równie wielkiego okrucieństwa. Ciągle postępują po sobie czasy budowania i burzenia, czasy wojen i pokoju. I mimo, że mamy demokrację – możemy wybierać między dobrem a złem – pozwalamy aby rządzili nami i trwali na „świecznikach” kłamcy i złodzieje, mordercy i despoci… ludzie źli, którzy gotują nam piekło na ziemi. W sposób demokratyczny ściągamy na siebie nieszczęścia, wojny i ludobójstwa, a w konsekwencji zagładę… by nie wspomnieć o „demokratycznym” zabieraniu prawa do życia jednym ludziom, a nadawania prawa do zabijania innych, innym… tzw. „prawo do aborcji”!
Przyglądając się historii naszego „gatunku”, należy ze smutkiem stwierdzić, że człowiek nigdy się nie zmieni, że nigdy nie zbuduje – pod względem moralnym – lepszego świata, a im większe mamy zdobycze nauki i techniki, tym większa pojawia się obawa, że któregoś dnia zniszczymy doszczętnie wszystko, co przez całe tysiąclecia budowaliśmy… albo też to, co zbudowaliśmy zniszczy nas. Zmienić możemy się tylko my sami – pracując nad sobą i mądrze i odpowiednio wychowując swoje dzieci, by i one mogły nad sobą pracować i przekazywać tę wiedzę kolejnym pokoleniom, aby – gdy zastanie nas koniec świata, nasza śmierć (każdy z nas jest całym światem, mikrokosmosem), móc ze spokojem przyznać, że zmieniliśmy świat, nasz świat, nasze życie i nas samych – na lepsze.
