You are currently viewing ŚWIAT W MOICH OCZACH – czyli świat w oczach chrześcijanina cz. 3

ŚWIAT W MOICH OCZACH – czyli świat w oczach chrześcijanina cz. 3

Homo sapiens – dziecko Boże

Kim właściwie jesteśmy? Kim jest człowiek jako gatunek? Wytworem ewolucji czy kolejnym kwiatem w Bożym ogrodzie?  Bynajmniej – nie jesteśmy ani jednym, ani drugim. W świetle nauki Kościoła katolickiego, człowiek jest – obok aniołów – najważniejszym stworzeniem Boga. Co więcej, Bóg stworzył nas na swój obraz i swoje podobieństwo. Nie stworzył nas też jako kolejne dzieło ubogacające świat, ale stworzył nas w konkretnym celu; stworzył nas do miłości. Człowiek miał i ma być świadomym odbiorcą miłości płynącej od Boga. Miał i ma się tej miłości uczyć i ją Bogu odwzajemniać. Ma być też jej przekazicielem na innych mieszkańców naszej planety. Patrząc zaś dalej – miłość ma dotrzeć do gwiazd. Bóg ponadto cieszy się nie tylko z tego, że my odwzajemniamy miłość Jego, ale przede wszystkim z tego, że kochamy się nawzajem, że jesteśmy dla siebie siostrami i braćmi. Stworzył człowieka niczym tata, który skonstruował lalki dla swojej córeczki (na jej obraz i jej podobieństwo), aby ta się nimi bawiła, kochała je i cieszyła się, gdy lalki również się kochają. Zbudował też domek dla lalek tzn. stworzył Ziemię i cały Kosmos. Po wszystkim, ofiarował nam to wszystko i polecił o to dbać. Takie porównania są oczywiście sporym uproszczeniem, dziecinnym uproszczeniem, ale… jakoś tę wiedzę trzeba sobie w dwóch zdaniach przedstawić, choć jest to dla nas wiedza transcendentna, to znaczy taka, która wykracza poza możliwości poznania i rozumienia zmysłami i zdolnościami intelektualnymi, które posiadamy. Nasze bowiem rozważania na temat sensu istnienia świata i jego złożoności, mogą przypominać zadumanie maleńkiego dziecka na temat tego, dlaczego jego tata tak często sam z sobą rozmawia, trzymając przy uchu kawałek szkiełka – niejednokrotnie machając rękami i robiąc dziwne miny… jak długa droga jeszcze przed nami.

W Piśmie Świętym Bóg mówi o garncarzu, który lepi z gliny naczynia; jedne ozdobne, drugie do użytku codziennego; jedne pozostawia, bo mu się podobają, a drugie niszczy, bo nie spełniają jego oczekiwań – po czym lepi z tej gliny inne (Jr. 18,6). Tak właśnie jest ze światem, ludźmi i całymi narodami. Jesteśmy gliną w ręku Boga; Istoty, która jest Wszystkim we wszystkim… bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy (Dz 17,28). Przykładem zaś naszej zależności  od woli Boga, Jego opiece nad nami i Jego działania w naszym świecie – a jednocześnie pouczeniem – jest historia Narodu Wybranego i jego wędrówka po wyjściu z niewoli egipskiej, kiedy to Bóg spośród wielu narodów naszej planety, wybrał ten jeden i przez dziesięciolecia przygotowywał go do służby sobie i szczególnej roli, jaką miał on odegrać w dziejach świata. Pozostawił nawet na pustyni całe jego pokolenie, bo jego przedstawiciele nie byli w stanie – z wielu różnych powodów – tej służby właściwie wypełnić… może między innymi dlatego, że mieli mentalność niewolników, że u nich wszystko było na „nie”.

Ktoś mógłby powiedzieć, że Bóg dotkliwie ukarał swój naród – wodząc go bez celu po pustyni przez 40 lat. Tak jednak nie było. Czy ktoś ma pretensje do rodziców, że przez kilkanaście lat wychowują swoje dzieci, że je karcą, poddają próbom, obarczają obowiązkami? Oczywiście, że nie. Przygotowują je w ten sposób do właściwego funkcjonowania w świecie w którym będą żyły. Przygotowują swoje dzieci do tego by w tym świecie odniosły sukces, by były szczęśliwe i by coś dobrego po sobie pozostawiły… a mówiąc językiem Jezusa, „by szły i owoc przynosiły”. Rodzice nie tylko od swoich dzieci wymagają, ale zapewniają im wszystko, czego im potrzeba w tym czasie, a nawet dają im na start większe czy mniejsze dobra. Bóg podobnie postępował ze swoim ludem, ze swoim „Pierworodnym”, jak nazywał Naród Wybrany (Izraelitów) i dość jasno wytłumaczył to w Księdze Powtórzonego Prawa (Pwt 8, 1-5), mówiąc między innymi: „Nie zniszczyło się na tobie odzienie ani twoja noga nie opuchła przez te czterdzieści lat. Uznaj w sercu, że jak wychowuje człowiek swego syna, tak Pan, Bóg twój wychowuje ciebie”. Bóg nie tylko przez te 40 lat na pustyni, ale przez całe wieki był przy tym narodzie; błogosławił mu, karmił go, nosił na rękach i pouczał. Przebaczał wszystkie jego przewinienia i odstępstwa, a gdy trzeba było i karcił. Kiedy zaś nadeszła pełnia czasu, zstąpił z Nieba – ze świata doskonałego do nas – złożył sam siebie w ofierze na krzyżu i zawarł z nami Nowe Przymierze. Oddał w cierpieniach za nas życie, aby w ten sposób nas wykupić, usynowić i uznać za swój Naród Wybrany Nowego Przymierza, aby każdy ochrzczony w Jego imię, w imię Trójcy Świętej i napełniony Jego Duchem – Czarny czy Biały, Indianin czy Azjata, mógł się tym wybraństwem cieszyć. Oddając za nas życie, dał nam też dowód swojej bezgranicznej miłości do nas i doskonały wzór do naśladowania.

Świat materialny – bezduszny kosmos, czy symulacja?

Zgodnie z literą nauki Kościoła katolickiego, o wszystkim co dzieje się w całym Uniwersum decyduje Bóg… również o tym, co my nazywamy ewolucją – czy to ewolucją życia, czy ewolucją gwiazd i Wszechświata. To nie człowiek w drodze wspomnianej ewolucji pojawił się na istniejącym przypadkowo świecie i… stworzył boga, ale to Bóg, który istniał zawsze stworzył człowieka i specjalnie dla niego świat… materię, przestrzeń i czas. Stworzył człowieka nie jako formę białka, ale jako duszę żyjącą, którą dopiero potem ubrał w ludzkie ciało (skórę zwierzęcą) i umieścił w stworzonym wcześniej dla niego świecie. Bóg stworzył dla nas świat doskonały, raj, a dopiero potem – po grzechu pierwszych rodziców – przekształcił go w miejsce odkupienia tego grzechu tzn. świat, który znamy i w którym obecnie żyjemy. W jaki sposób to zrobił i jak te dwa światy wyglądają rzeczywiście, pozostaje dla nas tajemnicą, niemniej można przypuszczać, że świat w którym żyjemy obecnie, jest tylko symulacją – „poligonem” na którym człowiek ma się ćwiczyć i przygotować do powrotu do raju, do życia w niebie, w świecie prawdziwym, gdzie jest jego miejsce. Do życia w wiecznej szczęśliwości w obecności Boga, co od początku było jego przeznaczeniem. W tej symulacji, na tym ziemskim poligonie dostajemy ludzkie ciała tylko na chwilę, niczym żołnierski mundur, podczas gdy prawdziwe życie naszej świadomości i naszej duszy, zacznie się dopiero po ćwiczeniach, kiedy ten znoszony uniform już zdejmiemy.

Kiedy byłem w wojsku, pierwszych kilka miesięcy służby były istnym koszmarem. Moje życie i życie moich kolegów, to nieustanny bieg i czołganie, robienie pompek i przysiadów, i wypełnianie – wśród wulgarnych krzyków i wyzwisk – setek mniej lub bardziej wymyślnych rozkazów. W kieszeni zawsze miałem chleb czy cukierki, które jadłem w przerwach między bieganiem i pompowaniem, bo ciągle byłem głodny. Miałem wrażenie, że bezpośredni przełożeni i starsi żołnierze nas nienawidzą. Któregoś wieczora wraz z kilku kolegami i gitarą, poszliśmy do starszych żołnierzy i zrobiliśmy mały koncert. Chcieliśmy nawiązać bliższe relacje z nimi, aby jakoś ich udobruchać. Koncert się podobał, a starsi żołnierze dali nam odbój na gnębienie w ów wieczór (wreszcie mogliśmy się wyspać). Kiedy tak chwilę po koleżeńsku z nimi rozmawialiśmy, zapytałem naiwnie: co oni do nas mają, że nas tak gnębią. Starszy kolega odpowiedział, że nic nie mają… nawet nas lubią. No, to o co chodzi – zapytałem ponownie – przecież w ciągu dnia mamy tyle zajęć, że ledwo dajemy radę, a wieczorami oni dalej nas ćwiczą i prześladują. Chodzi o to – odparł kolega – że musimy oddzielić ziarno od plew, a tych, którzy przejdą selekcję przygotować do prawdziwej służby. Jesteś testowany i co byś nie zrobił, zawsze będzie mało, zawsze będzie źle i zawsze będziesz ścigany… i zakończył z uśmiechem; masz być ścigany.

Nie inaczej jest i z życiem na tym ziemskim padole… ciągle jesteśmy „ścigani” – to znaczy doświadczamy cierpienia – testowani i kształtowani, i przygotowywani do życia w królestwie niebieskim („Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka? Dni jego czyż nie są dniami najemnika?” Księga Hioba 7, 1). Bóg nas poddaje próbie nie po to, aby się przekonać, co jesteśmy warci, bo On zna nas bardzo dobrze – dużo lepiej niż my siebie sami – ale po to, abyśmy my poznali siebie, byśmy się dowiedzieli na co nas stać, poznali swoje wady i zalety, możliwości i ograniczenia. Byśmy nauczyli się stawać w prawdzie o sobie i kiedy trzeba, zweryfikowali swoje postępowanie… zwłaszcza wówczas, gdy znając smak porażki i cierpienia, potrafili być ludźmi dla ludzi. Przede wszystkim jednak, Bóg chce abyśmy nabrali wiary w siebie i w pokorze weszli na wyższy poziom – nie tylko życia „w świecie” i relacji z innymi ludźmi, ale i życia duchowego i relacji z Nim samym. Tak jest od pokoleń i tak będzie zawsze, aż do skończenia świata. Zmieniać się będzie tylko poligon, zaś zasady pozostaną te same; masz doświadczać cierpienia, masz się dowiedzieć kim jesteś i masz się piąć ku doskonałości.

Niestety, nie każdy ten egzamin zdaje. I bynajmniej nie dlatego, że nie daje rady – mimo, że się stara – ale dlatego, że mu się nie chce, że chodzi na łatwiznę, że okazuje złą wolę, albo po prostu dlatego, że sam sobie chce być bogiem – niczym Szatan. Na tym egzaminie z życia nie za efekty naszego działania będziemy oceniani, ale za intencje, trud i zaangażowanie jakie w nie włożyliśmy. Nasze życie przypomina drogę krzyżową naszego Zbawiciela. Każdy z nas niesie jakiś krzyż. Czasami pod ciężarem tego krzyża upadamy, jednak Bóg w Piśmie Świętym mówi, że i On pod ciężarem swojego krzyża upadał. Mówi też, że na tej drodze nie pozostawi nas samych, że pośle kogoś, kto nasz krzyż pomoże nam nieść, pocieszy nas i wytrze naszą zbolałą, zapłakaną twarz. Musimy się tylko starać. By zaś dodać nam otuchy, zapewnia nas, że Jego jarzmo jest słodkie, a brzemię lekkie (Mt. 11,28-30). Aby jednak kiedyś zmartwychwstać do życia w wiecznej szczęśliwości – jak nasz Zbawiciel – musimy umrzeć… każdy na swoim krzyżu. Taki jest ten świat. Zawsze zmartwychwstaniemy – tyle, że jedni do życia wiecznego w niebie, a drudzy również do życia wiecznego, ale w piekle… trzeciej drogi nie ma.

O tym zaś, co dzieje się kiedy porzucimy lub skrócimy nasz krzyż, opowiada bardzo trafnie pewna grafika na którą natknąłem się kiedyś w Internecie. Na pierwszym planie widzimy trzech chłopców wyruszających w swoją życiową drogę. Każdy z nich niesie taki sam krzyż. Na kolejnych obrazkach widać jak jeden porzuca swój krzyż i wyprzedza pozostałych. Kiedy już widzi raj, dostrzega, że na drodze do niego znajduje się przepaść. Próbuje ją przeskoczyć, ale mu się to nie udaje i do niej wpada. Drugi chłopiec przycina swój krzyż, aby było mu lżej maszerować. Ten również wyprzedza trzeciego i gdy dociera do przepaści, stara się ją przebyć – kładąc swój krzyż nad przepaścią. Krzyż okazuje się jednak za krótki i również ten chłopiec do niej wpada. W końcu do skalnej rozpadliny dociera trzeci wędrowiec. Przerzuca swój krzyż nad przepaścią, przechodzi po nim na drugą stronę i bezpiecznie dociera do celu podróży, do raju. Pouczająca historia… i niech ta nauka krzyża mocą – nie głupstwem – będzie dla nas, którzy dostępujemy zbawienia… 1Kor. 1,18.