„Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”

W poprzedniej części omówiliśmy temat wartości i dobrodziejstw płynących z wiary. Odpowiedzmy sobie teraz na pytanie: Czym w ogóle wiara jest i jak ją w sobie zbudować. Termin „wiara” w Kościele katolickim, różni się nieco od wiary pojmowanej w odniesieniu do innych dziedzin naszego życia, bo wierzyć można w różne rzeczy – zwłaszcza, gdy ma się dowody na istnienie czegoś czy też tego nieistnienie. Wiara katolicka, to wiara w rzeczywistości o których prawie nic nie wiemy, które są dla nas transcendencją. To wiara w Boga w Trójcy Świętej Jedynego i w rzeczywistość którą On stworzył. To wiara w Boga Osobowego i Jego obecność w tej rzeczywistości – w świecie, w którym żyjemy. To również wiara w to, że ma On realny i całkowity (absolutny) wpływ na każdy fragment naszego życia i świata, i ufność, że jest to wpływ pozytywny.
Nasza katolicka wiara, to również wiara w Jezusa Chrystusa – jedną z Osób Boga Trójjedynego, który zstąpił z nieba, przyjął ludzkie ciało i złożył siebie w ofierze za nasze grzechy – jako ofiara doskonała i ostateczna. To wiara w Jego zmartwychwstanie – jako dowód, że i my kiedyś zmartwychwstaniemy i będziemy – jak On – żyć wiecznie w raju, w swoich zmartwychwstałych, ale przemienionych ciałach. Przez swoje zmartwychwstanie, Chrystus pokazał nam również naturę ciała, które żyć będzie po śmierci w raju na ziemi. Pokazał nam, że natura tego ciała będzie dwoista – zarówno duchowa, jak i cielesna – łącząca jakby dwa światy; świat materialny i duchowy. Świadczy o tym bezpośredni kontakt Jezusa z uczniami – podczas Jego objawień po zmartwychwstaniu. Jezusa można było dotknąć, jadł i pił razem z uczniami i egzorcyzmował, a jednocześnie przechodził przez zamknięte drzwi i znikał.

Wiara katolicka, to również wiara w Kościół katolicki (Kościół powszechny, Kościół Chrystusowy), który Jezus na ziemi założył i którym w wymiarze mistycznym sam jest. Jak my składamy się z miliardów, miliardów atomów, z których każdy jest samodzielną cząstką, tak Kościół – Chrystus składa się z miliardów ludzi, którzy w Niego wierzą. Gdybyśmy spojrzeli na świat naszego ciała z perspektywy atomu, zobaczylibyśmy pustą przestrzeń, w której tylko od czasu do czasu pojawia się jakaś cząstka elementarna. W skali jednak makro, widzimy człowieka… śmiejącego się, płaczącego, pracującego czy odpoczywającego. Kościół, to taki człowiek, to Chrystus, a my jesteśmy tylko komórkami Jego mistycznego Ciała. Wprawdzie w tym Ciele pojawiają się też „komórki rakowe”, które chcą zniszczyć cały organizm, ale spokojnie, od dwóch tysięcy lat organizm sobie z nimi radzi… żyje i żyć będzie nadal… do końca świata… a takie bramy piekielne jak: gender, LGBTQ, New Age, okultyzm czy aborcjonizm go nie przemogą (Mt. 16,18). Kto więc mówi, że wierzy w Chrystusa, ale nie wierzy w Kościół, przypomina meduzę, która nie wierzy, że jest wodą i w wodzie pływa… tylko jak to meduzie wytłumaczyć?
Kościół jest też dla nas jak matka. Matka – Kościół, zrodziła nas do życia sakramentalnego, do życia Bożego i do życia wiecznego. Jak matka karmi dziecko swoim mlekiem, tak Kościół – Chrystus karmi nas swoim ciałem, troszczy się o nas i uczy nas żyć. Kościół pomaga nam też rozumieć Słowo Boże i żyć nim na co dzień. Wiara w Boga Osobowego jako Stwórcy i Ojca wszystkich ludzi, i wiara w Kościół, jest jak wiara dziecka wobec swojej matki. Dziecko ufa swojej matce, wszystkiego od niej oczekuje i we wszystkim pokłada w niej nadzieję, bo wie, że wszystko od niej zależy i że bez niej by sobie nie poradziło. W objęciach też swojej matki dziecko się uspokaja i czuje się prawdziwie bezpieczne. Jeśli nasza wiara przypominać będzie wiarę małego dziecka wobec swojej matki, będziemy mogli powiedzieć, że nasza wiara jest pełna… wręcz doskonała. Aby również korzystać w pełni z dobrodziejstw płynących z wiary, musimy taką właśnie – pełną ufności – relację wobec Boga w sobie zbudować… „Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt. 18,3).
Dlaczego nasza relacja wobec Boga powinna tak właśnie wyglądać? Otóż dlatego, że taka sama jest relacja Boga wobec nas, tylko w drugą stroną. Dla Boga bowiem jesteśmy umiłowanymi dziećmi, o które troszczy się On jak matka o swoje niemowlę… „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie.” (Iz. 49,15), albo inaczej: „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie…” (Iz. 54,10). Tak właśnie kocha nas Bóg i tak między innymi powinniśmy Go postrzegać. A my? Czy o tym wiemy? Czy bierzemy to pod uwagę? Czy w ogóle nas to interesuje?
Łaska wiary

Naszą wiarę możemy porównać do budowli, a nawet pięknego pałacu. Pałac naszej wiary możemy otrzymać w prezencie od Boga, albo w spadku po rodzicach, bliskich czy opiekunach. Możemy go też zbudować sami. Mówiąc, że pałac wiary możemy od Boga otrzymać w prezencie, miałem na myśli przede wszystkim osoby, które – nie wiedzieć skąd – od dzieciństwa odznaczają się piękną i niczym nie zachwianą wiarą. Nie wiemy dlaczego Bóg udziela im tak szczególnej łaski wiary, nie mniej wnoszą oni do naszego życia ogrom ciepła… w ich obecności czujemy się też jakby bezpieczniejsi. Dla wielu z nas, ludzie głęboko wierzący są prawdziwą inspiracją i drogowskazem na najtrudniejszych nawet drogach. Wiele się od nich uczymy, a nawet staramy się ich naśladować (jak w przypadku świętych Kościoła katolickiego). Śmiało można też powiedzieć, że są emanacją nieba na ziemi.
Łaskę wiary najczęściej jednak wynosimy z domu. W wielu bowiem domach rodzice czy dziadkowie przekazują wiarę swoim dzieciom czy wnukom – troszcząc się o ich właściwą formację, a co najważniejsze dając im dobry przykład, bo jak wiemy; słowa pouczają, ale to przykłady pociągają. Tę wiarę jednak ciągle musimy odnawiać lub pielęgnować… jak wspomniany wyżej pałac czy piękny ogród.
Zdarzają się też wśród nas osoby, które z wiarą w wymiarze praktycznym nigdy się nie zetknęły. Takie osoby nie są niczemu winne. Są za to jak żyzna gleba, w której ziarno wiary trzeba dopiero posiać. Spotykamy też ludzi, którzy daną im przez Boga czy bliskich łaskę wiary gdzieś zatraciły. Może świat przyćmił ją swoim blaskiem, może ktoś ich przekonał, że to nie Bóg stworzył człowieka, ale że to człowiek stworzył boga. Może w końcu uwiodły ich jakieś ideologie, które obraz prawdziwej wiary im zafałszowały. Bez tej miłości można żyć… pisała Wisława Szymborska, również bez Boga można żyć, ale czy można owocować? I jeszcze jedna ważna rzecz. Pismo Święte mówi, że wiara bez uczynków jest bezowocna, a nawet martwa (Jk 2,20-26). Nie można jej więc gdzieś zakopać jak talenty czy schować głęboko w szufladzie, ale trzeba się nią dzielić, trzeba nią żyć, postępować w jej duchu i w jej duchu czynić dobro. Wiarę trzeba mieć, jak kierowca mapę czy nawigację, aby najzwyklej w świecie nie błądzić, zaś w trudnych chwilach mieć się na czym oprzeć.
Gdy nie mamy takiej mapy – w sytuacjach kryzysowych, kiedy przychodzą trudne dni lub zaczyna nam się palić grunt pod nogami – zazwyczaj nie wiemy co robić i gdy wyczerpią się wszelkie pomysły, a nasze działania nie przynoszą spodziewanych efektów – pomocy zaczynamy szukać jakby po omacku. Nie mając wiary, łapiemy się wszelkich zasłyszanych lub zapomnianych metod, byle tylko dotrzeć do istoty wyższej – do kogoś, kto sprawi, że w naszym życiu stanie się cud… cud ocalenia, cud wyzdrowienia czy cud powrotu kochanej osoby. Jakby instynktownie zaczynamy się modlić, obiecywać, ślubować i… i wtedy właśnie zaczyna budzić się lub rodzić nasza wiara. Zaczynamy ją budować lub odbudowywać jeśli gdzieś ją zagubiliśmy. Szatan postara się oczywiście, aby pojawiły się obok nas osoby, które pełnym ironii głosem powiedzą: „Gdy trwoga, to do Boga”. Nie ma sensu tego słuchać; jednym uchem wpuścić, drugim wypuścić. Modlitwa bowiem w trudnej sytuacji, to najlepsze, co możemy zrobić. Od tego rzeczywiście trzeba zaczynać… dalej poprowadzi nas już sam Bóg. Przede wszystkim pomoże nam trzeźwo spojrzeć na sytuację w której się znaleźliśmy. Pomoże nam jasno ocenić swoje położenie i odważnie zacząć zmieniać to, na co mamy wpływ lub zaakceptować to, na co wpływu nie mamy… pomoże nam też odróżnić jedno od drugiego. Jeśli wydarzenia potoczą się błyskawicznie, nie będzie czasu na budowanie wiary. Wystarczy wówczas krótki akt strzelisty i zwrócenie się do Boga, jak zwrócił się do Niego Dobry Łotr z krzyża – mówiąc do konającego obok Chrystusa: „«Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa»”. Pomoże na pewno, bo oto i ciąg dalszy tej historii: „Jezus mu odpowiedział «Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze mną będziesz w raju» (Łk. 23, 42-43). Jezu ratuj, Jezu przebacz, Jezu wspomnij na mnie… w sytuacji krytycznej, to wystarczy.
