
W poprzednich artykułach w kategorii „NIEBEZPIECZNE TRASY”, omawialiśmy różne sposoby radzenia sobie w drodze powrotnej do domu bez wyposażenia i pomocy innych ludzi. W tym artykule postaram się przedstawić swoje spojrzenie na problem jedzenia… a raczej jego braku. Pewnie niektórzy z Was zauważyli, że ten artykuł bardzo różni się od artykułu pierwotnego – umieszczonego na naszym blogu przed świętami Bożego Narodzenia 2024. W tamtym artykule dość szeroko opisałem metody pozyskiwania pokarmu z otaczającej przyrody. Po publikacji jednak, pojawiły się u mnie wątpliwości… odniosłem bowiem wrażenie, że Panu Bogu nie podoba się to, co napisałem. W związku z tym, postaram się przedstawić inny punkt widzenia na problem braku jedzenia w podróży.
We wcześniejszej wersji tego artykułu, podszedłem do tematu na modłę survivalową – to znaczy tak, jakby nasza odyseja miała trwać miesiącami i zupełnie poza światem (poza cywilizacją). Wydaje się jednak, że takie podejście jest błędne. Przede wszystkim dlatego, że jest to krótki czas podróży (maksymalnie kilka dni), w którym poradzimy sobie bez jedzenia lub to jedzenie od kogoś otrzymamy w drodze. Inną zaś przyczyną są niebezpieczeństwa związane z jedzeniem tego, co uda nam się pozyskać z natury… zwykle sporym nakładem sił i czasu.
Ważąc korzyści wynikające ze skupienia całej uwagi i energii na jak najszybszym dotarciu do domu – z korzyściami związanymi z poszukiwaniem czegoś do jedzenia po drodze, skłaniam się ku przekonaniu, że powinniśmy jednak skupić się na jak najszybszym dotarciu do domu – nawet kosztem poszczenia przez kilka dni… pamiętajmy, że zapasy energii, jakimi dysponuje nasz organizm, pozwolą nam na przebycie kilkuset kilometrów w ciągu kilku dni, bez jakiejkolwiek szkody dla naszego zdrowia. Niebagatelne znaczenie ma tu oczywiście motywacja i zaprogramowanie swojego umysłu na takie wyzwanie. Gdy przed oczami będziemy mieć dom, rodzinę i wagę naszego działania na rzecz powrotu do nich, nic nami nie zachwieje i nawet nie zauważymy, że przez kilka dni nic nie jedliśmy. Poza tym, jest raczej mało prawdopodobne, abyśmy w drodze nie spotkali kogoś, kto będzie mógł podać nam kromkę chleba i kubek wody.
Mówiąc zaś o niebezpieczeństwach związanych z jedzeniem pokarmu naturalnego – znalezionego czy pozyskanego z otoczenia – mam na myśli zatrucia, które mogą nam się przytrafić i nietolerancję naszego organizmu na takie „wynalazki”. Wątpliwości budzi też bilans zysków i strat energii i czasu, które będziemy musieli przeznaczyć na zdobycie pokarmu w otaczającym nas świecie.
Koniec końcem, proponuję pozostać przy koncepcji pierwszej i skupić całą swoją uwagę na jak najszybszym dotarciu do domu. Pijemy dużo wody, aby organizm mógł usunąć toksyny powstałe na skutek spalania własnych tkanek, oszczędzamy energię i jak koń z klapkami na oczach, przemy do przodu – mając przed oczami tylko dom, gdzie na nas czekają i gdzie się za nas modlą.
I jak zwykle na tym blogu, zachęcam do włączenia w nasze myślenie o domu, Pana Boga. Jezus w swojej Ewangelii mówi, że Ojciec nasz niebieski wie, czego nam potrzeba, zanim jeszcze Go poprosimy, więc nie troszczmy się zbytnio o to, co będziemy jeść i w co się będziemy przyodziewać, bo o to wszystko zatroszczy się Bóg, nasz niebieski Ojciec. Wystarczy, że poprosimy Go o pomoc w dotarciu do domu, a On całą naszą drogę odpowiednio przygotuje… z jedzeniem, piciem i odpoczynkiem włącznie.
Kilkanaście lat temu byłem na pielgrzymce, podczas której odwiedziłem większość znanych sanktuariów europejskich. Podróżowałem wszystkimi środkami lokomocji – nie wyłączając własnych nóg (poważnie zdarłem podeszwy dobrej marki butów trekkingowych). Podróżowałem 40 dni i zrobiłem 10 tysięcy kilometrów… a planowałem tylko przywieźć wodę z Lourdes dla chorej mamy (po drodze ciągle ktoś zachęcał mnie do odwiedzenia kolejnych sanktuariów). Na drogę wziąłem plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami i trochę pieniędzy. Plecak był duży, ale lekki. Po drodze jednak musiałem się zmagać z jego zwiększonym ciężarem, bo ludzie obdarowywali mnie jedzeniem i piciem… i pieniędzmi na hotel, choć zapewniałem, że hotel mam w plecaku, a prysznic na stacjach benzynowych (mój hotel w plecaku budził zdziwienie, bo podróżowałem zimą). Zdarzały się oczywiście sytuacje trudne (wędrówka po Bałkanach do Medziugorie, była smutna i pełna niebezpieczeństw, z racji trwającej tam onegdaj wojny), ale przecież w każdej opowieści przygodowej coś takiego musi być, bo byłaby ona nudna… Pan Bóg nie lubi nudnych historii. Ile w tym było ludzkiej życzliwości, a ile łaski Bożej, tego się tu na ziemi nie dowiemy, niemniej będę się modlił, Przyjacielu, aby i Twoje powroty do domu były równie bezpieczne i obfitowały we wszystko, czego będzie Ci potrzeba.

Na zakończenie zaś tego wątku i tego artykułu, pozwolę sobie zacytować Psalm 23, bo pasuje on do naszych rozważań jak ulał. „Psalm. Dawidowy. Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć: orzeźwia moją duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoje imię. Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza. Stół dla mnie zastawiasz wobec mych przeciwników; namaszczasz mi głowę olejkiem; mój kielich jest przeobfity. Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni mego życia i zamieszkam w domu Pańskim po najdłuższe czasy”. Od siebie dodam; Amen.
