W poprzednich artykułach w kategorii „Niebezpieczne trasy”, omówiliśmy scenariusze działania na wypadek jakiegoś kryzysu i konieczności wracania do domu bez ciężarówki. W tym artykule omówimy sposoby radzenia sobie w drodze – bez naszego wyposażenia i ewentualnej pomocy innych ludzi (wrogie nastawienie, zabójcza epidemia, katastrofa humanitarna itp.).
O ile w mieście w miarę łatwo będzie nam przetrwać bez naszego wyposażenia, o tyle w terenie bez ciepła, wody i jedzenia, będzie to bardzo trudne. O naszym życiu decydują – statystycznie rzecz ujmując – cztery krytyczne trójki. Bez powietrza przeżyjemy trzy minuty, bez ciepła; trzy godziny, bez wody; trzy dni, a bez jedzenia; trzy tygodnie. Dla nas zaś istotne będą dwa zagrożenia; brak ciepła i brak wody. Jeśli znajdziemy się zimą w surowym środowisku bez odpowiedniego ubrania – po kilku godzinach umrzemy z wychłodzenia. Brak natomiast wody, to brak sił, nieracjonalne decyzje, aż w końcu po dwóch, trzech dniach śmierć.
Koniec świata, jaki znaliśmy

Aby zatem zapobiec tragedii – w kolejnych artykułach z serii „Niebezpieczne trasy”, omówimy w miarę przystępnie temat pozyskiwania w dzikim środowisku ognia, wody i pożywienia. Nasze rozważania podejmiemy w oparciu o stan zerowy naszego wyposażenia, co może się zdarzyć, gdy zostaniemy przez kogoś ograbieni lub uciekniemy z niewoli w przysłowiowych spodniach i koszuli. Taka sytuacja, to dla nas quasi koniec świata. Koniec świata bezpiecznego i dostatniego. Koniec świata poukładanego, przewidywalnego i możliwego do kontrolowania. Koniec świata ciepłych i spokojnych relacji z bliskimi. Jak Adam i Ewa, zostaliśmy wypędzeni z raju. Preppersi i Survivalowcy nazywają taką sytuację – „końcem świata, jaki znaliśmy” (z angielskiego; TEOTWAWKI: The End of the World as We Know It). To jednak, że skończył się dla nas świat, jaki znaliśmy, nie znaczy, że skończył się świat w ogóle. Znaleźliśmy się tylko w innej rzeczywistości, ale nadal żyjemy. Skoro zaś żyjemy, funkcjonujemy i funkcjonuje wszystko wokół nas – musimy się w tym świecie zwyczajnie znaleźć. To dla nas nowy świat i nowe życie. To również wyzwanie… jedyne w swoim rodzaju.
Jak wjeżdżając do Wielkiej Brytanii, musimy zmienić swoje przyzwyczajenia (jeździć lewą stroną, zmienić przeliczanie kilometrów, mówić po angielsku itp.), tak i w tym, nowym świecie musimy zmienić i przestawić swoje przyzwyczajenia i potrzeby, ale żyć i funkcjonować dalej… i dalej realizować swoje postanowienie powrotu do domu – w jednym kawałku i żywi. I oczywiście, by koniec świata, jakiego doświadczyliśmy, był końcem chwilowym i odwracalnym… ufam, że to, czego doświadczymy nie będzie początkiem zmian katastrofalnych – nie tylko w kraju w jakim się znajdziemy, ale na całym świecie. Jeśli zaś tak się stanie, będziemy mieć potężną motywację, aby czym prędzej do domu wrócić, bo przecież musimy go bronić… bronić naszej rodziny, żony, dzieci, Ojczyzny… oni wszyscy na nas czekają i na nas liczą.
Jeśli położenie, w jakim się znaleźliśmy nie jest w żadnej mierze przez nas zawinione, można uznać, że jest to dopust Boży, z którym musimy się pogodzić. Jeśli zaś sytuacja jest konsekwencją naszego grzechu czy błędu życiowego – trzeba ją przyjąć „na klatę”. Obojętnie jednak, jaka była przyczyna – nasze działania powinny być takie same. Po pierwsze; podziękować Bogu, że żyjemy i poprosić o pomoc. Po drugie; konsekwentnie realizować plan powrotu do domu. „Po pierwsze podziękować Bogu?!”. A za co tu dziękować, skoro nas spotkało to, co nas spotkało?!… ktoś powie. No cóż, jak mówiłem we wcześniejszych artykułach o duchowości – zostaliśmy wypędzeni z raju… i nie dzisiaj, ale przed tysiącami lat… i nie z powodu widzimisię Boga, ale z winy naszych pierwszych rodziców. Żyjemy w świecie, w którym obowiązuje prawo pięści, prawo łańcucha pokarmowego… silniejszy żeruje na słabszym, a wokół szerzy się kłamstwo i manipulacja. Żyjemy w świecie, w którym rząd dusz ludzie oddali szatanowi. Wyrzucili Boga ze swego świata, ze swego życia, ze swego serca. Bóg nie ponosi odpowiedzialności za czyny ludzi czy za ich błędy. Bóg naprawia to, co człowiek zepsuł, ale nie odbierze człowiekowi woli zepsucia czegoś… jesteśmy wolni… do bólu. Bóg jednak o nas nigdy nie zapomina i jeśli tylko my sobie o Nim przypomnimy, On przyjdzie nam z pomocą. Jeśli dotknął nas zły los, poprośmy Go o pomoc – On tej pomocy udzieli nam na pewno, niezależnie od przyczyny czy przewiny. Pomoże nam na swój sposób – sposób, który dla nas będzie najlepszy… a po ludzku rzecz ujmując; jest Szachistą Doskonałym, który przewiduje wszystkie ruchy przeciwnika na całą partię do przodu.

Nie oceniajmy jednak działań Boga po ludzku i nie dociekajmy co i jak, ale przyjmijmy z pokorą, co nam da. Spodziewanie się Black Hawka z operatorami GROM-u, którzy zabiorą nas do domu – zaraz po tym, jak się Bogu wypłakaliśmy, nie jest specjalnie rozsądne. Owszem, módlmy się o pomoc z wiarą i gorąco – tak gorąco, jakby wszystko zależało od Boga, ale róbmy swoje… róbmy swoje z taką determinacją i taką mocą, jakby wszystko zależało od nas. Gwarantuję, że idąc przez życie w takim tandemie, będziemy mieli naprawdę co wspominać, a nawet o czym pisać książki… kto wie, może nawet włącznie z powrotem do domu Black Hawkiem i asystą komandosów.
Okej, wracamy na ziemię… na piechotę. Jeśli straciliśmy tylko ekwipunek, a nie życie czy wolność – naprawdę jest za co dziękować. Jest też za co dziękować, gdy zostaliśmy w dobrym zdrowiu, bo wszelkiego rodzaju szarpaniny i chaotyczne ucieczki pozostawiają po sobie jakieś ślady; kontuzje, zranienia albo i coś gorszego. I nie myśl, Przyjacielu, że mówiąc o „chaotycznych” działaniach uwłaczam Twoim talentom czy umiejętnościom. Mówię po prostu jak jest; w takich bowiem sytuacjach górę biorą emocje i instynkt, a nie racjonalne myślenie. Nie trudno wówczas o błędy, a poza tym druga strona bije i strzela… a my walczymy przecież o życie. Jeśli więc pozostaliśmy wolni i w pełnym zdrowiu – naprawdę powinniśmy się cieszyć.
Nie bójmy się prosić o pomoc
Gdy nieco opadł kurz, staramy się na spokojnie ocenić sytuację. Jeśli zagrożenie nadal istnieje, oddalamy się z takiej strefy czym prędzej i jak najdalej… o czym mówiłem w poprzednich artykułach. Gdy zaś czujemy się względnie bezpiecznie, a pora jest późna, szukamy schronienia – zwłaszcza, gdy tracimy komfort cieplny. Jeśli zaś czujemy się na siłach, a instynkt podpowiada nam, aby czym prędzej wracać do domu, podejmujemy drogę do domu… jeśli oczywiście wiemy gdzie iść i jak iść, bo podróżowanie nocą bez światła, wymaga zachowania szczególnych środków ostrożności i orientacji w terenie. Jeśli jednak przypuszczamy, że nasi prześladowcy wiedzą gdzie ewentualnie możemy zmierzać, a przewidujemy, że mogą nadal nas ścigać, wybieramy drogę okrężną.
Wprawdzie na wstępie sugerowałem, że przedstawię sposoby na przetrwanie bez pomocy z zewnątrz, jednak jeśli taka opcja istnieje, trzeba ją wziąć pod uwagę i bliżej się jej przyjrzeć, bo to przecież jeden ze sposobów na przetrwanie. W życiu, jak to w życiu, bywa różnie i może być tak, że sprawy przybiorą naprawdę zły obrót. Gdy więc czujemy, że sami nie przetrwamy w zaistniałych okolicznościach (jesteśmy ranni, mamy poważne kontuzje czy jest zbyt zimno) szukamy pomocy wśród ludzi. Jest to oczywiście ryzykowne, ale są sytuacje, gdy po prostu nie mamy wyboru. Poza tym, ludzie z natury chcą pomagać i mają dobre intencje… chyba, że są otumanieni propagandą lub reżim oferuje nagrody za donosicielstwo, więc może być różnie. Ogólnie jednak każdy chce być tym dobrym Samarytaninem… każdy chce, aby Chrystus powiedział mu kiedyś: „Pójdź błogosławiony u Ojca mojego, weź w posiadanie królestwo, przygotowane dla ciebie od założenie świata! Bo byłem głodny, a dałeś Mi jeść; byłem spragniony, a dałeś Mi pić; byłem przybyszem, a przyjąłeś Mnie; byłem nagi, a przyodziałeś Mnie…”. Mt 25, 34-36. Dlaczego więc mielibyśmy akurat trafić na szelmy?
W warunkach miejskich, możemy kogoś o ubranie czy jedzenie zwyczajnie poprosić, a następnie schronić się w którymś z bloków mieszkalnych, jak to opisywałem wcześniej. Nie trzeba nawet pukać do drzwi – można na chodniku lub pod klatką schodową kogoś poprosić o pomoc i powiedzieć, że poczekamy na ubranie czy jedzenie. Taka osoba poczuje się bezpieczniej, gdy nie będziemy stać przy drzwiach jej mieszkania… oczywiście, możemy czekać i się nie doczekać, ale trzeba być w swoich działaniach wytrwałym. Jeśli dysponujemy naszym smartfonem – podczas rozmowy można używać translatora z syntezatorem mowy, gdyż jest to zazwyczaj ciepły i miły głos… nie pozwalamy, aby osoba z którą rozmawiamy czytała to, co pisze tłumacz, ale wciskamy ikonkę głośnika, by było to tłumaczenie głosowe. Jeśli nie mamy telefonu, ale osoba z którą rozmawiamy ma – można zrobić tak samo, ale nie bierzemy jej telefonu do ręki, by nie pomyślała, że chcemy jej telefon ukraść. Trzeba też pamiętać, że nie wszystkie języki syntezator obsługuje bez wsparcia internetowego, więc jeśli nasz smartfon nie ma dostępu do Internetu, warto korzystać ze smartfona osoby z którą rozmawiamy.
Podczas poszukiwania pomocy, odradzam jednak zwoływanie „konwentu samarytan”, bo wśród grupy ludzi działają inne mechanizmy i ktoś może podnieść głos sprzeciwu czy posiać wątpliwości i reszta pójdzie za nim. Wśród takiej grupy może się też znaleźć Judasz, a wówczas nasze – nie tyle godziny, co minuty będą policzone. Powinniśmy zastosować podobną taktykę, co w czasie wypadków drogowych, tzn. wskazać konkretną osobę do udzielenia nam pomocy – bezpośrednio się do niej zwracając, a jeśli odmówi, natychmiast odejść i zmienić lokalizację… zniknąć, zanim ta osoba zacznie się zastanawiać – co i dlaczego.
W dużych blokach i na balkonach o ubranie czy inne potrzebne nam rzeczy nie jest trudno – wystarczy po nie sięgnąć. Takie jednak zachowanie wystawia na próbę Pana, Boga naszego, który w swoim Piśmie Świętym zapewniał nas, że na naszej głowie ma policzone wszystkie nasze włosy, że wie o tym, czego nam potrzeba – zanim Go poprosimy i że mamy prosić, a będzie nam dane, kołatać, a otworzą nam. Zaufajmy więc Bogu i nie wystawiajmy Go na próbę, bo On nie rzuca słów na wiatr. Aby się jednak wzmocnić przed zapukaniem do cudzych drzwi, zapukajmy do Bożego serca – prosząc o pomoc. Wystarczą krótkie słowa; „Jezu, Ty powiedziałeś; Pukajcie, a otworzą wam, proście, a będzie wam dane… proszę więc, pomóż mi”, albo zwyczajne; „Jezu, Ty się tym zajmij, Ty zajmij się moim powrotem do domu”. Jeśli zaś nie wierzysz w skuteczność swojej modlitwy, uwierz w skuteczność mojej… działa to w mojej sprawie, więc gdy będę się modlił w Twojej – zadziała również. Kiedy zatem będziesz czytał te słowa, pamiętaj, że ja się za Ciebie modlę. Modlę się, by w krytycznej chwili było Ci dane, co potrzebujesz i by Ci otworzono, gdy będziesz potrzebował schronienia. Nie musisz w to wierzyć… w swoim czasie przekonasz się, że tak po prostu jest. Chociaż… wiara przecież czyni cuda.

W warunkach wiejskich, możemy zrobić to samo – to znaczy poprosić o ciepłe ubranie, butelkę wody, jakieś zapałki czy kawałek chleba. Jeśli zaś, Przyjacielu, nie znasz języka – narysuj na ziemi dom i pokaż gdzie idziesz; pokaż, że Ci zimno, że jesteś głodny, że chcesz się napić. Nie patrz przez otwarte drzwi do wnętrza mieszkania, nie wchodź do środka nieproszony. Czekając zaś na decyzję stań z boku plecami do drzwi i nieco od nich oddalony… pozwól komuś spojrzeć na Ciebie z tyłu, pozwól mu się na spokojnie zastanowić. Nie budź w żaden sposób niepokoju czy niepewności, a podczas rozmowy patrz w oczy, bo w nich ludzie odczytają twoje prawdziwe intencje.
Na wsiach ciepłe miejsce można znaleźć w stajniach czy oborach, jednak w gospodarstwach wiejskich na podwórkach są budy, kojce lub swobodnie biegają psy, więc wejście do takich pomieszczeń incognito może być trudne… nie możemy być postrzegani jako intruz, jako zagrożenie, nie możemy posiać w ludziach strachu, obawy, że ktoś chce ich napaść czy okraść.
