Wiara katolicka; co to jest i co nam to daje?

Wielu ateistów czy innowierców z przekąsem zadaje pytanie katolikom; co daje im chodzenie do kościoła czy odmawianie pacierzy i różańców. Przecież żyją jak wszyscy inni, odnoszą sukcesy jak wszyscy inni i cierpią jak wszyscy inni. Ale… czy aby na pewno? Czy jakaś religia nie mająca sakramentów – zwłaszcza Eucharystii i Pojednania – czy jakaś władza, jakieś bogactwo, pozwala człowiekowi zachować stałe poczucie bezpieczeństwa, wewnętrzną radość i spokój ducha jakie daje nam prawdziwa wiara katolicka? Wiara, która daje nam siłę pozwalającą przenosić góry i pokonywać wszelkie życiowe trudności? Wiara, która pozwala resetować się duchowo i emocjonalnie, resetować swoje poczucie winy i zaczynać wszystko od nowa… jak w grze komputerowej, gdzie ma się nieograniczoną liczbę żyć? Nie słyszałem, aby na naszej planecie istniał system filozoficzno-religijny, polityczny czy społeczny, który zapewniałby nam to wszystko… a to tylko niektóre z zalet naszej wiary.
Prawdziwie wierzący katolik, to osoba która żyje Bogiem i z Niego czerpie siły, bo wie, że wypełnia On i przenika cały Wszechświat w którym żyjemy – nie wyłączając nas samych. Katolik wierzy w to i wie o tym, że wszystko od Boga pochodzi, wszystko od Boga zależy i wszystko do Boga należy. Pokłada w Nim ufność – Jemu się powierzając i Jemu ofiarując wszystkie swoje działania – zarówno sukcesy, jak i porażki. Mając takie przekonanie i mając tego świadomość, powierza swoje życie i swoje sprawy Bogu, zaś ofiarując Mu to wszystko, oddaje Mu cześć i z Nim wiąże swoją przyszłość. Inwestuje w niebie, gdzie – jak mówi nasz Pan – ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się, i nie kradną… a od siebie dodam; gdzie nie ma wojen, inflacji i giełdowych krachów. Innymi słowy: buduje sobie świat, w którym żyć będzie w przyszłości, rajskiej przyszłości. Inwestuje tam, gdzie nie sięga żadna ziemska władza i żadne pieniądze. Inwestuje w świat prawdziwy – nie w symulację.

Kiedy zaś żyjemy światem doczesnym, tą symulacją – ograniczając jego postrzeganie tylko do tego co widzimy i czego możemy dotknąć, kiedy pokładamy ufność w sobie; posiadanej władzy, pieniądzach, sile państwa w którym mieszkamy czy sojuszach politycznych – to im więcej tych dóbr posiadamy, tym większą mamy obawę, że coś złego nam się z tym stanie, i na im wyższym zasiadamy podium, tym boleśniejszego boimy się upadku… bo przecież tu mól i rdza niszczą, tu złodzieje włamują się i kradną, tu wreszcie obce wojska, rakiety, etc., etc. Ciągle boimy się, że ktoś lub coś nam to wszystko odbierze i ciągle się zamartwiamy: jak to wszystko utrzymać i zabezpieczyć, i w konsekwencji nie starcza nam już ani sił, ani czasu na zastanawianie się nad rzeczami wyższymi… o niebo wyższymi. Niektórzy ludzie u schyłku swego życia z żalem stwierdzają, że jego pierwszą połowę spędzili na zdobywaniu majątku, a drugą na zarządzaniu nim… i że całe ich życie pochłonęły pieniądze i imponowanie innym. Owszem; sława, pieniądze czy władza, dają szczęście, ale nie jest to szczęście trwałe… jest jak używka czy narkotyk; działa tylko przez chwilę, po czym następuje otrzeźwienie, rządza kolejnych doznań i strach przed utratą tego wszystkiego. I tak w kółko… nie mówiąc już o towarzyszącym nam ciągle niepokoju, gdy nasz sukces okupiony został niesprawiedliwością czy cierpieniem innych. Ponadto ludzie, którzy osiągnęli sukces – czy to finansowy, czy inny – najczęściej nie zdają sobie sprawy z tego, że otrzymali to w darze; jako łaskę, jako talent… zaś sobie i tylko sobie przypisują całość zasług. Ociera się to trochę o pychę – jeden z grzechów głównych: „Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśli otrzymałeś, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał?” (1 Kor. 4, 7). „Mówisz: «Jestem bogaty, wzbogaciłem się, niczego nie potrzebuję!». Nie wiesz jednak, że jesteś nędzny, godny pożałowania, biedny, ślepy i nagi” (Ap 3,17). Ludzie podobnie myślący zapominają, że będą rozliczeni z tego, co z tym darem zrobili, że będą musieli kiedyś stanąć przed Bogiem i zdać sprawę, jak zarządzali powierzonym im urzędem, pieniędzmi lub zwyczajnie, danym im czasem… jak mówił nasz wielki rodak, św. Jan Paweł II: pewne rzeczy są nam dane, ale i zadane. Można trzymać w ręku wielką władzę, ale trzeba być sprawiedliwym (Mdr 6,1-8), można być bogatym, ale nie wolno zamykać się na biedę innych… i nie jest to tylko dobra wola, ale obowiązek, bo nasze dobra wcale do nas nie należą – dostaliśmy je tylko do sprawiedliwego rozdysponowania, niczym biblijne talenty. Można w końcu być sławnym celebrytą, ale trzeba dawać dobry przykład, a nade wszystko, nie być przyczyną zgorszenia „… biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie.” (Mt. 18,7). Tego wymaga od nas Ten, który nam te talenty ofiarował. Dał nam to wszystko w darze i przygląda się cierpliwie i z uwagą, co z tym zrobimy.
