Stres

Poważnym obciążeniem całego naszego organizmu podczas wykonywania zawodu kierowcy, jest stres. Przede wszystkim ruch uliczny, który ni jak nie chce się dostosować do naszych potrzeb. Poważnie stresują nas też inni użytkownicy jezdni, którzy zdają się nie rozumieć o co chodzi. Raz ktoś wymusi nam pierwszeństwo, raz zabiera nam czas zbyt wolną jazdą czy też chce się z nami ścigać albo zamanifestować swoją wyższość. Innym zaś razem zawiesi się nawigacja czy zadzwoni telefon, podczas gdy my walczymy o włączenie się do ruchu w godzinach szczytu. Wpływ na poziom naszego napięcia psychicznego mają też nasze relacje z bliskimi czy pracodawcą. Wówczas to, zamiast skupiać się na zadaniu czy sytuacji na drodze – roztrząsamy trudne sprawy osobiste, co stanowi stresowy doping na drodze i może być przyczyną błędu, za który trzeba nam będzie drogo zapłacić.
Silny stres wywołuje zbyt duża ilość bodźców docierających do naszego mózgu, które musimy przetworzyć. Wprawdzie nasz mózg jest cudem natury, ale ma swoje ograniczenia. Każda sroka się trzepocze i nie jesteśmy w stanie kilku na raz za ogony utrzymać. Jeśli tych bodźców jest za dużo, nasz mózg zaczyna działać nieracjonalnie. Popełniamy błędy i podejmujemy błędne decyzje. Jeśli na takie obciążenia jesteśmy narażeni zbyt długo, niechybnie odbije się to na naszym zdrowiu.
Jakkolwiek do codziennego stresu możemy się przyzwyczaić i go kontrolować, to jednak warto o nim pamiętać i kiedy to tylko możliwe, starać się wyciszać i niwelować napięcie mięśni – rozluźniając je, kiedy tylko warunki nam na to pozwolą (skoro jesteśmy przy wyciszaniu; jeśli sytuacja na drodze jest trudna, warto wyłączyć radio, aby ograniczyć dopływ do mózgu niepotrzebnych bodźców). Rzadko się zdarza, aby silny stres istniał przez długi czas; zazwyczaj po kilku, kilkunastu minutach napięcie spada i następuje naturalne odprężenie. Taki krótkotrwały stres nam nie szkodzi – co więcej, mobilizuje i uzdalnia nas do lepszego funkcjonowania w środowisku i pomaga w pokonywaniu trudności. Jest więc pozytywnym czynnikiem wspomagającym nasz rozwój psychiczny i podnoszącym doświadczenie zawodowe… działa nawet dobrze na zdrowie fizyczne.
Zagrożeniem jest dla nas stres długotrwały czy długotrwałe obciążenie psychiczne. Nie wiąże się on zwykle z sytuacjami, które zdarzają nam się na drodze, ale z zadaniami, które mamy do wykonania (lub wspomnianymi problemami, które do pracy zabraliśmy). Na taki stres narażeni są głównie kierowcy niedoświadczeni lub zaczynający pracę w nowym środowisku… zwłaszcza takim, które wiele od nich wymaga. Wprawdzie mamy do dyspozycji nawigację satelitarną, komunikatory i smartfony, jednak ciągle jesteśmy obciążeni presją czasu i warunków wykonania zadania czy usługi. Jeśli nie mamy doświadczenia w korzystaniu z nawigacji (wbrew pozorom i tego trzeba się dość długo uczyć) czy obsługi komunikatora, nieustannie jesteśmy narażeni na błędy i obciążeni presją – czy to czasu, czy odpowiedzialności za niewykonanie zadania. Każdy z nas stara się wykonywać swoją pracę jak najlepiej, jednak czasami wykonanie zadania staje się prawdziwym wyzwaniem. Wystarczy jeden, dwa błędy po drodze, a nasz dzień może stać się koszmarem. Jeśli pracodawca czy dyspozytor jest wyrozumiały, może sytuację rozładować i pomóc nam się pozbierać; jeśli nie, nad nami zaczyna tworzyć się nawis. Po kilku dniach takich obciążeń, nasza psychika zacznie wysiadać. Pojawią się problemy ze snem; koszmary i wczesne budzenie się. Pojawi się nieustanne pobudzenie, nieracjonalne działania i zachowania, lęki, frustracja czy gniew. W skrajnych zaś przypadkach schodzi lawina w postaci zaburzeń pracy układu trawienia, układu krążenia i innych problemów psychosomatycznych. Jeśli w porę nie usuniemy przyczyny obciążenia psychicznego i nie wyprowadzimy się z tego błędnego koła przyczyn i skutków – na nasze samodzielne działanie możemy nie mieć sił i dojdzie do załamania nerwowego.

To oczywiście czarny scenariusz, ale w czasach, gdy nie było nawigacji, a pracodawcy traktowali kierowców jak łatwą do wymiany w ciężarówce „część”, takie sytuacje nie były rzadkością. Trzymajmy więc rękę na pulsie i gdy tylko zauważymy, że stres zaczyna nad nami górować, usiądźmy spokojnie i punkt po punkcie przeanalizujmy wszystko, co się wokół nas dzieje, aby znaleźć wyjście z sytuacji… zanim nie będzie za późno. I jeszcze jedno; nie starajmy się wszystkich trudności pokonywać samemu. Jeśli widzimy, że trudna sytuacja zaczyna nas przerastać, poprośmy o radę czy pomoc kolegę. Jeśli to nie pomaga, przełożonych, a jeśli i z tym nam nie wychodzi, psychologa (czasami wystarczy zwykły telefon zaufania lub działający w całej Europie telefon wsparcia emocjonalnego 116 123). Dobrze jest też mieć stały kontakt z bliskimi, którym moglibyśmy się zwierzyć, a którzy mogą posłużyć nam radą lub w porę zaingerować – jeśli zauważą, że dzieje się z nami coś niepokojącego.
W sytuacji silnego obciążenia, kiedy mimo ustąpienia przyczyny stresu nadal jesteśmy pobudzeni, bardzo dobrym rozwiązaniem jest rozmowa z kimś bliskim i zwyczajne zwierzenie się z problemu… choćby to był i asystent sztucznej inteligencji. Jesteśmy istotami społecznymi; przez całe tysiąclecia ten mechanizm się kształtował i pomagał nam przetrwać… pomagał kiedyś i pomaga dziś.
I jeszcze jedna rada, która może wzbudzi i kontrowersje, jednak uważam, że warta uwagi. Wprawdzie nie jestem zwolennikiem używania alkoholu, ale w sytuacji dużego napięcia psychicznego, które nie spada, a którego sami nie potrafimy usunąć, dobrym posunięciem jest spożycie niewielkiej ilości alkoholu. Jeśli widzimy, że wydarzenia dnia nie pozwalają o sobie zapomnieć, a ponadto zaczynamy mieć koszmary nocne i budzimy się w środku nocy, warto jest po skończeniu pracy napić się jakiegoś napoju alkoholowego. 50-100 gram wódki czy czegoś podobnego pomoże nam usunąć napięcie i przespać spokojnie noc (lepszy jest mocniejszy trunek, bo piwo i tak przerwie nam sen z powodu potrzeby wyjścia w nocy do toalety). Ponadto taka ilość alkoholu nie pozostawi w naszej krwi śladu, który mógłby nas wykluczyć z możliwości prowadzenia pojazdu następnego dnia… przy okazji, dobrym sposobem usunięcia z naszego organizmu alkoholu jest aktywność fizyczna, zostanie on wówczas usunięty w sporej ilości z wydychanym powietrzem. Jeśli jednak mamy wątpliwości, można sobie zrobić test alkomatem… na stacjach benzynowych są zazwyczaj takie możliwości za niewielką opłatą. Alkohol nie jest rozwiązaniem idealnym, ale z dala od domu, bazy i w obliczu czekających nas kolejnych trudnych dni – jedynym skutecznym. To rozwiązanie jednak powinno być rozwiązaniem awaryjnym, opcją atomową, a nie sposobem na życie, bo w dłuższej perspektywie może przyczynić się do uzależnienia, które – jak stres – również może nas pokonać i doprowadzić do katastrofy.
I jeszcze kilka słów o stresie i napięciu psychicznym, które może mu towarzyszyć. Spory wpływ na to ma technika naszej jazdy. Wielu kierowców „głaszcze” pedał gazu, aby obniżyć poziom zużycia paliwa. Jest to zrozumiałe, bo wiele firm transportowych przyznaje za to premie, które przekładają się na konkretne pieniądze. Tu jednak pojawia się problem napięcia mięśni nóg i pleców. Podobny problem pojawia się podczas prowadzenia pojazdów po drogach innych niż autostrady i ekspresówki. Na drogach krajowych o ruchu dwustronnym, czy w terenie zabudowanym, nieustannie zmuszani jesteśmy do naciskanie gazu albo hamulca. Powoduje to nieustanne napięcie mięśni nóg i pleców, a to z kolei w dłuższej perspektywie może doprowadzić (i najczęściej doprowadza) do przykurczów mięśni pleców i kręgosłupa, i powoduje ich bóle. Medycyna określa to mianem zespołu bólu mięśniowo-powięziowego. Takie napięcie może też doprowadzić do choroby zwanej bruksizmem. Bruksizm jest mimowolnym zaciskaniem zębów – zarówno w czasie czuwania, jak i we śnie. Dochodzi nierzadko też do zgrzytania zębami, a tym samym do nadmiernego ich ścierania. Długotrwały stres może więc mieć przełożenie – nie tylko na napięcie różnych partii mięśni w ciągu dnia, ale i w nocy, kiedy to mimowolnie zaciskamy zęby czy napinamy mięśnie pleców i kręgosłupa. Jeśli jednak napięcie mięśni szczękowych i zgrzytanie zębami może nas nie wybudzić, to przykurcze mięśni kręgosłupa i pleców już tak, bo towarzyszy temu ostry ból.

Skoro zaś jesteśmy przy temacie bólów pleców, warto zwrócić uwagę na jeszcze inną przyczynę ich powstawania. Otóż wielu kierowców skarży się na bóle barków, które promieniują do pleców; zwłaszcza lewego barku. W tym przypadku przyczyną może być nie tyle długotrwałe napięcie spowodowane trzymaniem nogi na pedale gazu, co częste otwieranie lewego okna – zwłaszcza do strząsania popiołu z papierosa, czy też celem wyrzucenia papierosa przez okno. Wielu też kierowców, którzy palą podczas jazdy, robi to przy otwartym oknie; aby usunąć nadmiar dymu z kabiny. I to właśnie może być przyczyną wymienionych wyżej bólów… najzwyklejszy przeciąg. Wydaje się, że ta chwila nic nie znaczy; nie znaczy przy rzadkim otwieraniu, ale przy częstym z pewnością tak.
Wracając do napięcia mięśni podczas jazdy; znajdźmy na to remedium. Stare, mądre przysłowie mówi, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Jakiej zatem techniki jazdy używać, aby nie narazić się na problemy z niekontrolowanym napięciem mięśni i ich bólami? Przede wszystkim przestać się nadmiernie przejmować spalaniem i planem, jaki na dany dzień mamy do zrealizowania. Jeśli chodzi o plan, sprawa jest jasna… nie możemy pozwolić, aby on podnosił nam ciśnienie… był przyczyną długotrwałego stresu. To praca jest dla nas, a nie my dla pracy. Jak mówiłem wcześniej, każdy z nas chce jak najlepiej wykonać zadanie, a nawet „zabłysnąć”, jednak nie może się to odbywać kosztem naszego zdrowia czy bezpieczeństwa. Konkludując: spiesz się powoli i łącz przyjemne z pożytecznym. Praca ma nam dawać nie tylko wynagrodzenie, ale i satysfakcję.
Tyle plan, co do zaś spalania, sprawa jest bardziej skomplikowana. Skoro już wiemy, że głaskanie pedału gazu wprowadza dodatkowe napięcie, można naszą technikę jazdy nieco zmodyfikować. Podobnie ma się problem jazdy w warunkach wzmożonego ruchu poza autostradami i drogami szybkiego ruchu na których możemy sobie pozwolić na chwile odprężenia – jadąc na tempomacie. Połączmy te dwa tematy, bo mają wspólne elementy i wypracujmy najlepsze zasady zachowania na drodze, aby wilk był syty (niskie spalanie) i owca cała (nasze zdrowie).
Napięcie powodują dwa pedały: pedał gazu i pedał hamulca (zakładając, że używamy automatycznej skrzyni biegów). Zaczynając od pedału gazu; można go używać na dwa różne sposoby, w zależności od tego, czy jesteśmy załadowani na maksa, czy jedziemy na pusto lub z niewielkim ładunkiem. Jeśli jedziemy z pełnym obciążeniem, nikt nie głaszcze pedału gazu (chyba, że w warunkach miejskich, kiedy zachodzi prawdopodobieństwo, że za chwilę będziemy musieli zwolnić lub hamować), bo po pierwsze brakłoby nam czasu na wykonanie wyznaczonej trasy, a po drugie zmarnowalibyśmy paliwo wlekąc się zbyt długo na niskim biegu. Zasada ekonomicznej jazdy jest przecież taka, że im szybciej wrzucimy wyższy bieg, tym mniejsze będziemy mieli spalanie… dlatego mało kto czeka, aż automat przerzuci nam bieg, ale przerzucamy go wcześniej sami. Wciskamy pedał gazu nieco bardziej i przerzucamy biegi manualnie. I tu zaczyna się nasze obniżanie napięcia; korzystamy z pedału gazu jedynie do momentu, aż zacznie działać tempomat (20-30km/h), po czym gazu dodajemy klawiszem tempomatu na kierownicy lub aktywujemy zaprogramowaną na tempomacie prędkość (zazwyczaj jest to przycisk „M” Memory). Zdejmując nogę z pedału gazu, łagodzimy napięcie mięśni nóg i pleców. Cały czas – rzecz jasna – zmieniamy biegi manualnie, aby nam automat nie podnosił niepotrzebnie obrotów silnika. Robimy tak oczywiście, gdy warunki nam na to pozwalają, bo czasami ruch jest tak intensywny, że dodatkowa zabawa z klawiszami tempomatu mogłaby nas dekoncentrować, a to już może grozić jakimś niemiłym incydentem czy kolizją. Jeśli w ruchu miejskim czy na krajówce nasza prędkość nie spada poniżej obsługiwanej przez tempomat (20-30km/h) – za każdym razem, gdy przyspieszamy, angażujemy w to tempomat, aby nie używać pedału gazu i nie powodować niepotrzebnego napięcia mięśni. Podobnie robimy z hamowaniem. Jeśli tyko możemy, używamy hamulca górskiego (retardera, spowalniacza). W tym jednak miejscu muszę przed czymś przestrzec. W większości nowoczesnych ciężarówek instalowany jest program kontrolujący ekonomię jazdy i przyznający za to punkty. Jednym z elementów tego programu jest punktowanie używania pedału hamulca. Jeśli za często go używamy, spada nam punktacja, bo zużywamy elementy układu hamulcowego i narażamy pracodawcę na wyższe koszty eksploatacji pojazdu. Podświadomie więc odkładamy moment naciśnięcia pedału hamulca, gdy zbliżamy się do przeszkody, aby nie poleciały nam punkty. Do granicy wręcz bezpieczeństwa hamujemy retarderem, byle tylko nie narazić się na utratę punktów. I tu jest tragiczna pułapka, a nawet pomyłka tego programu, bo naraża kierowcę na niebezpieczeństwo kolizji. Oczywiście każdy jest dorosły i powinien wiedzieć jak bezpiecznie auto prowadzić, ale psychologia rządzi się swoimi prawami i w te sidła możemy się złapać.

Miejmy to na uwadze również wtedy, gdy używamy hamulca górskiego dla obniżenia napięcia mięśni pleców, aby nie wylać dziecka z kąpielą, bo taka niebezpieczna jazda na centymetry również rodzi niepotrzebne napięcie i stres. Bardzo istotne jest też przewidywanie – zarówno w jeździe po autostradach, jak i w terenie zurbanizowanym. Zawsze zachowujmy większy dystans między pojazdami, aby mieć dość czasu na mądrą, przemyślaną decyzję co do skorzystania z pedału hamulca, retardera czy gazu. Zbyt mała bowiem odległość między pojazdami naraża nas na częstsze naciskanie pedałów gazu i hamulca. Taka jazda ponadto stresuje i wprowadza niepotrzebne napięcie, nie mówiąc o zwiększaniu ryzyka kolizji… na zmianę; hamujemy, przyspieszamy, hamujemy, przyspieszamy… i marnujemy paliwo. Nie ma też powodu do zmartwienia, kiedy ktoś nas wyprzedzi i wpakuje nam się w naszą lukę… niecierpliwców na drogach jest zawsze pełno, tego nie unikniemy; myślmy raczej o naszym zdrowiu i bezpieczeństwie, a nie o naszym urażonym ego.
Nieco inaczej ma się sprawa z ekonomiczną jazdą z niewielkim ładunkiem czy na pusto. Wówczas to warto trochę pedał gazu pogłaskać, bo tempomat będzie nam dodawał gazu na maksa (choć w nowoczesnych ciężarówkach tempomat dodaje gazu delikatnie i przy stopniowym klikaniu nie powinno być tak źle), a to już nam spalanie znacznie podniesie, zwłaszcza poza autostradami, kiedy to w każdej chwili może nam się zapalić czerwone światło czy przytrafić zakręt i będziemy musieli zwalniać. Nie przesadzajmy jednak z tym, bo każda sekunda jazdy na niskim biegu i wyższych obrotach, to grosz do grosza. Co do zaś retardera, używajmy go jak najczęściej… choć warto – a nawet trzeba – pamiętać, że na śliskiej nawierzchni, a zwłaszcza na zakrętach, retarder – szczególnie w czasie jazdy na pusto – może nam tak spowolnić koła, że można wpaść w poślizg… uważajmy na to!
