Zostaliśmy zakładnikiem – co robić?

Innym rodzajem ataku terrorystycznego, jest opanowanie jakiegoś terenu i wzięcie zakładników. Na większych promach może to być opanowanie pokładu lub jego części… na mniejszych, terroryści mogą przejąć jednostkę.
Gdy zostaliśmy zakładnikiem, staramy się nie prowokować zachowań agresywnych porywacza, ale posłusznie wykonywać jego polecenia. Jeśli nie rozumiemy jego języka, robimy to, co robią inni zakładnicy. Z drugiej strony, terroryści będąc świadomi różnorodności nacji zebranych na promie, nie będą rygorystycznie egzekwować posłuszeństwa – zdając sobie sprawę z tego, że ludzie mogą nie rozumieć tego, co się do nich mówi. Daje nam to pewną szansę robienia tego, co sobie zaplanowaliśmy, by pokrzyżować ich plany. Pamiętajmy jednak, aby mierzyć siły na zamiary i niepotrzebnie nie narażać swojego życia i życia innych pasażerów. Akcję podejmujemy dopiero wówczas, gdy wiemy jak się to robi i zaistniała naprawdę dobra do tego okazja.
Gdy znajdziemy się w grupie zakładników zgromadzonych w jakimś pomieszczeniu, nie będziemy mieć większych możliwości działania. W sytuacji jednak pozostawienia nas pod zamknięciem bez nadzoru, można próbować wydostania się z pomieszczenia inną drogą niż drzwi, które z pewnością będą strzeżone (system wentylacji czy miękka ściana, którą można przebić). Jeśli jednak miałoby to być zauważone przez porywaczy, nie ma sensu tego robić, bo natychmiast interweniują… może nawet bardzo radykalnie. Pamiętajmy, że jako mężczyzna, stanowimy dla nich zagrożenie. Aby je zminimalizować, nie patrzymy im w oczy, nie rozglądamy się i nie wymieniamy porozumiewawczych spojrzeń z innymi pasażerami… pamiętajmy o tzw. widzeniu peryferyjnym, dzięki któremu zamachowiec natychmiast dostrzeże naszą aktywność, jak tylko ją podejmiemy – nawet, gdy będzie patrzył gdzie indziej. Zwróćmy też uwagę, czy w pomieszczeniu znajdują się lustra lub gładkie powierzchnie, od których odbija się światło, bo również w nich zamachowiec może dostrzec nasze działania. Jeśli już chcemy się rozglądać po otoczeniu, róbmy to oczami, a nie całą głową. Na zewnątrz sprawiajmy wrażenie wystraszonego i posłusznego.
Podczas, gdy my będziemy zamknięci w jakimś pomieszczeniu, na zewnątrz będzie się toczyć jakaś gra lub walka z ochroną czy kontrterrorystami. Gdy gra się skończy lub coś pójdzie nie po myśli zamachowców, któryś z nich będzie chciał nas zlikwidować. Musimy być na to przygotowani. Gdy będziemy związani, nasze szanse będą minimalne, aby temu zapobiec. Jeśli więc jesteśmy w pomieszczeniu sami (nikt nas nie pilnuje), a zamachowców jest dwóch, trzech, można podjąć próbę oswobodzenia siebie i innych pasażerów. Stanowi to niestety pewne ryzyko, bo gdy terroryści wejdą do środka i to odkryją, mogą nas surowo ukarać. Podjęcie zatem decyzji o uwolnieniu się z więzów, będzie równoznaczne z podjęciem decyzji o kontrataku. Aby łatwiej było nam podjąć taką decyzję, warto sobie przypomnieć bieg zdarzeń – od początku ataku. Jeśli zamachowcy byli brutalni i już zabili kilku pasażerów, bądźmy przekonani, że prędzej czy później zabiją i nas… zwłaszcza, gdy z zewnątrz dochodzą odgłosy strzałów. Jeśli jednak do tej pory nikt nie zginął, lepiej będzie nie prowokować losu. Taka więc krytyczna decyzja i akcja, musi być omówiona, przemyślana i zaakceptowana przez większość. Każdy z pasażerów będzie wówczas odgrywał jakąś rolę… będzie miał wyznaczone zadanie, któremu będzie potrafił sprostać. Kto potrafi strzelać, przejmuje broń; kto zna samoobronę, obezwładnia zamachowca; kto ma masę, rzuca się na terrorystę, przywalając go swoim ciałem itd.

Akcję kontrataku warto też zgłosić i omówić ze służbami, z którymi będziemy mieć potencjalny kontakt… choć wydaje się mało prawdopodobnym, aby terroryści nas wcześniej nie przeszukali i nie zabrali naszych telefonów. Jeśli jednak któryś z zakładników takim sprzętem dysponuje, trzeba to wykorzystać. Do przekazywania informacji można też używać innych środków. Wśród naszych dokumentów mamy zalaminowaną karteczkę z alfabetem Morse’a. Taką samą karteczkę mamy zaszytą w spodniach wraz z pieniędzmi i innymi gadżetami, więc jeśli nie mamy przy sobie dokumentów, ale mamy na sobie nasze „spodnie ewakuacyjne”, wypruwamy alfabet ze spodni.
Alfabetu Morse’a, można używać do przekazywania informacji przez stukanie lub drapanie w ścianę czy podłogę, a jeśli mamy dostęp do jakichś przewodów elektrycznych – przez iskrzenie czy spięcia. Można też włączać i wyłączać światło w sekwencjach odpowiadających kodowi Morse’a. Każde bowiem spięcie, iskrzenie czy włączenie światła (lub innego obwodu elektrycznego), pozostawia po sobie ślad radiowy. Komandosi, którzy będą przygotowywać się do szturmu, będą prowadzić nasłuch zarówno akustyczny, jak i elektroniczny (radiowy) sygnałów płynących z obszaru działań terrorystów. Każda więc anomalia w tych sygnałach i logiczny ciąg tych sygnałów zostaną przez nich natychmiast dostrzeżone (jeśli nie przez ludzi, to na pewno przez sztuczną inteligencję, którą będą w akcji wykorzystywać). Wprawdzie nie będzie to dialog, jednak wiadomości możemy na bieżąco przekazywać… choć tak na dobrą sprawę, można przekazać w informacji, żeby odpowiadali na nasze wiadomości przez sygnały akustyczne dla nas słyszalne (drgania całego kadłuba: jedno drgnięcie – tak; dwa drgnięcia – nie itd.) lub zmianę jasności oświetlenia czy coś podobnego.

Gdy podejmiemy działania w kierunku nawiązania łączności z kontrterrorystami, staramy się ustalić wcześniej, co chcemy im powiedzieć. Nie będziemy pewnie dysponować czasem, więc na początku przesyłamy krótkie informacje: 1. Ilu jest terrorystów. 2. Jaką bronią dysponują. 3. Czy są ofiary. 4. Czy są brutalni i zdeterminowani. 5. Gdzie są zakładnicy, ilu ich jest i czy są ranni. 6. Przedstawiamy sposób porozumiewania.
Gdy mamy więcej czasu, a komunikacja jest dwustronna, przedstawiamy swoje pomysły na interwencję. Jeśli komandosi przychylą się do naszych zamiarów, polecą nam czekać na ich atak, aby nasze działania były skoordynowane z ich działaniami… przypomnijmy im też koniecznie, że gdy zamachowcy wrzucą granat czy bombę do naszego pomieszczenia, to ją odrzucimy z powrotem, a ta wybuchnie na ich terenie, gdy będą atakować.
Kiedy zacząć działać?
Gdy nasze próby nawiązania kontaktu z ochroną czy komandosami nie przyniosły skutku, trzeba się na coś zdecydować. Wydaje się, że najlepiej czekać, aż otworzą się drzwi i być przygotowanym na różne scenariusze. Z drugiej jednak strony; jeśli drzwi są stalowe i zamykają się od środka, można spróbować je zabarykadować, by nie dopuścić do wejścia terrorystów do środka. Nasza barykada musi być jednak solidna, by jakiś zastosowany przez porywaczy taran lub jeden czy dwa granaty jej nie pokonały (ciężkie meble wyładowane czymś ciężkim, zgrzewki z napojami, ciężkie kartony itp.). Kiedy jednak drzwi nie dają specjalnej ochrony, a w pomieszczeniu nie ma niczego masywnego, z barykady trzeba zrezygnować i pozwolić terrorystom je otworzyć. Nie oznacza to oczywiście pozwolenia na bezkarne wejście na „nasz teren”. Pozwalamy im na otwarcie drzwi, ale odpowiednio ich przywitamy, gdy je otworzą.
A otworzyć je mogą:
Po pierwsze, gdy terrorysta będzie chciał wrzucić do środka granat lub ładunek wybuchowy (jak miało to miejsce na igrzyskach olimpijskich w Monachium w 1972 roku), by zabić zakładników. Będąc na to przygotowany i w pogotowiu, któryś wyznaczony do takiego zadania pasażer natychmiast taki granat (lub dwa, trzy granaty spięte razem albo bombę) odrzuca na zewnątrz lub rzuca we wcześniej ustalone miejsce (barierę balistyczną), w którym wybuch nie spowoduje większych obrażeń (takie miejsce musi być wcześniej przygotowane z mebli, sprzętów czy ubrań). Granat bojowy eksploduje na skutek wstrząsu lub po upływie 3-5 sekund od jego uzbrojenia. Zamachowiec nie będzie ryzykował rzucenia z impetem granatu do pomieszczenia, bo sam mógłby ucierpieć na skutek jego wybuchu. Podrzuci go więc jak kulę do kręgli – turlając po podłodze. Będziemy mieli więc co najmniej trzy sekundy na odrzucenie granatu z powrotem za drzwi, a jeśli terrorysta je zamknie na klucz – co jest raczej mało prawdopodobne, chociaż nie niemożliwe – wrzucenie go za barierę balistyczną.

Taka jednak bariera musi być wcześniej odpowiednio przygotowana; to znaczy oprócz ścianki balistycznej do łapania odłamków i fali uderzeniowej – zbudowanej z mebli, skrzynek lub zgrzewek z napojami (jeśli zostaliśmy zamknięci w jakimś magazynie), powinna mieć kurtynę do łapania granatu. Taka kurtyna, to nic innego jak rozwieszona szeroko na rękawach kurtka czy sweter (albo i kurtka, i sweter… im większa i grubsza będzie kurtyna, tym lepiej). Gdy granat wpadnie do pomieszczenia w którym się znajdujemy – jeden pasażer go podnosi, a drugi otwiera drzwi. Gdy drzwi są zamknięte na klucz, natychmiast wskazuje kurtynę (rozwieszona kurtka, sweter) i pada na podłogę, a „łapacz granatu” rzuca nim w kurtynę i również pada na podłogę… nie śledząc lotu granatu, bo ta ciekawość może go kosztować życie, jak żonę Lota. Granat zatrzymuje się na kurtynie i spada za barierę, gdzie wybucha. Gdy nie rozwiesimy kurtyny, odrzucony granat uderzy w ścianę i wybuchnie – zabijając nas i poważnie raniąc lub zabijając innych pasażerów leżących na podłodze… nie zadziała wówczas bariera balistyczna złożona ze skrzynek, napojów mebli itp., bo granat czy bomba za nią nie wpadnie, ale wybuchnie na ścianie.
Aby było to czytelne powtórzmy raz jeszcze procedurę. Gdy do pomieszczenia w którym się znajdujemy ktoś wrzuci granat, wyznaczony do tego zadania pasażer ma go podnieść. Gdy to zrobi, drugi pasażer (również wyznaczony do tego zadania) otwiera drzwi, a po wyrzuceniu granatu natychmiast je zamyka i chroni się za ścianą (jeśli to możliwe, po stronie klamki, nie zawiasów, aby go wywarzone przez eksplozję drzwi nie uderzyły). Podobnie będzie z bombą własnej roboty. Najpewniej będzie miała zapalnik czasowy – również co najmniej 3-5 sekundowy.
Gdy drzwi będą zamknięte na klucz przez terrorystę, granat rzucony za „barierę” eksploduje wewnątrz pomieszczenia w którym się znajdujemy. Trzeba się przygotować na falę uderzeniową i nagły wzrost ciśnienia, które spowodują uszkodzenia wewnętrzne naszego organizmu (płuc i narządu słuchu)… być może nawet stracimy przytomność. Jeśli nie stracimy przytomności, nic nie będziemy słyszeć, zaś na skutek uszkodzenia błędnika możemy się zataczać jak pijani. Aby zminimalizować skutki eksplozji, każdy pasażer musi rzucić się na podłogę, na brzuch, z nogami skierowanymi w kierunku bariery za którą wybuchnie granat. Ręce najlepiej położyć sobie na głowie, bo mogą na nas polecieć różne elementy bariery czy wyposażenia wnętrza.

Każdy pasażer musi też wiedzieć, że mimo obrażeń, musi natychmiast po wybuchu przystąpić do szacowania zniszczeń i ewentualnej ewakuacji z pomieszczenia wszystkich innych, którzy są nieprzytomni lub nie mogą się pozbierać, a wszystko zaczyna się palić (to w przypadku, gdyby wybuch wyrwał drzwi i droga byłaby wolna). Pamiętajmy, że detonacja niechybnie spowoduje pożar… no, może poza wybuchem za zgrzewkami z wodą czy napojami. Mówiąc o „ewentualnej” ewakuacji, mam na myśli terrorystów, którzy mogą nadal znajdować się za drzwiami i trafimy z pożaru pod kule karabinowe. Jeśli więc zauważymy, że sytuacja wewnątrz pomieszczenia nie jest katastrofalna, nie wychylamy się i nie dajemy znaku życia, nawet, gdy drzwi są wyrwane… niech sobie zamachowcy myślą, że wszyscy zginęli.
Gdy wybuchnie pożar, zaczną działać zraszacze, które powinny go stłumić (chyba, że wybuch je uszkodził). Zraszaczom warto jednak pomóc. Pożar najlepiej wówczas gasić gaśnicą (jeśli się tam znajduje) lub ubraniami (najlepiej zmoczonymi; zraszacze, napoje, butelki z wodą, kran). Gdy w pomieszczeniu jest pod dostatkiem wody (kran, magazyn z napojami), pożar gasimy również wodą. Podczas gaszenia pożaru, zasłaniamy sobie usta i nos jakąś tkaniną (elementy ubrania, wystroju wnętrza), którą również moczymy. Wszyscy inni leżą na podłodze (najzimniej i najwięcej świeżego powietrza) z zasłoniętymi tkaniną ustami i nosem, aby nie wdychać kurzu i sadzy powstałych na skutek wybuchu i pożaru. Gdy udało nam się opanować pożar, a klimatyzacja działa i oczyszcza powietrze, przystępujemy do szacowania strat wśród pasażerów. Jeśli są ranni, opiekujemy się nimi; jeśli są nieprzytomni, reanimujemy ich i czekamy na pomoc.
W drugiej wersji wydarzeń, drzwi mogą się też otworzyć, gdy terrorysta wróci z zamiarem zastrzelenia zakładników. Drzwi otworzy z pewnością z kopa – stojąc nieco dalej (może bowiem przewidywać, że zakładnicy uwolnili się z więzów i czekają z konduktem powitalnym). A kondukt powitalny istotnie czeka… w ciemnościach. Na terrorystów czekamy przy mocno zredukowanym świetle – pozwalając, aby się nasze oczy zaadoptowały do ciemności. Mamy wówczas tę przewagę, że terroryści nie będą widzieć, co się w środku dzieje. Kondukt powitalny czeka wówczas w martwych punktach dla strzelca, gdzie kule nie sięgną bez wejścia z bronią do środka lub bez włożenia broni do środka. W ciemnym pomieszczeniu, zamachowiec nie będzie nic widział i może sobie strzelać do środka do woli, za to my będziemy widzieć wszystko i kiedy tylko wejdzie do środka lub spróbuje tam włożyć broń, jego ręka zostanie natychmiast przetrącona jakimś ciężkim narzędziem lub kantem dłoni sprawnego pasażera stojącego za ścianą lub spadnie na niego z góry z elementów sufitu podwieszanego, jeśli konstrukcja na to pozwoli. Oprócz tego w mgnieniu oka na zamachowców powinien polecieć grad ciężkich przedmiotów. Jeśli nawet uda im się wystrzelić, będą strzelali na oślep, nie widząc, co się w pomieszczeniu dzieje i kto w nich rzuca.

Gdy tylko zobaczymy, że nasze działania przyniosły spodziewany skutek, ruszamy do szturmu. Każdy silny i wyznaczony do swojego zadania pasażer rusza z pełną determinacją do unieszkodliwienia zamachowców. Pamiętajmy, że nawet, gdy zostaniemy trafieni z pistoletu czy karabinu, nie oznacza to pewnej śmierci. Ranni również możemy jeszcze długo walczyć – i z terrorystami i o życie… dzisiejsza medycyna ma ogromne możliwości, więc nie ma co tragizować. Poza tym – raz jeszcze powtórzę – walczymy w dobrej sprawie, więc Bóg jest po naszej stronie i wyprowadzi nas szczęśliwie z każdego położenia… chyba, że będzie chciał mieć nas u swego boku w niebie – chwaląc się nami wśród aniołów… ale i wówczas zatroszczy się o naszą rodzinę i wszystkich, którym życie uratowaliśmy… jak zatroszczył się o pana Gajowniczka, za którego życie oddał św. Maksymilian Kolbe w Oświęcimiu. Odwagi, jest przy Tobie Chrystus… i Twój osobisty bodyguard – Anioł Stróż. Poza tym, wiara czyni cuda.
